sobota, 23 kwietnia 2011, 19:42
tym razem będzie nie bardzo frustracja, raczej what the, I don't even. nadal okołonihońsko, bo Andy stworzenie zafiksowane jest. fandom narutowy to kopalnia lolkontentu, zwłaszcza fandom nastoletni i obozujący na Onecie. panie, co tam można znaleźć! na przykład bandę Japończyków w starożytnym Egipcie, żeby za daleko nie szukać i zrobić analizatorniom kryptoreklamę. i właśnie z tego, czego nie da się nawet nazwać AU, Andy wyruszyła na wycieczkę krajoznawczą po tym, co dziewczęta, które przeczytały jedną mangę i uważają się za specjalistki od Japonii, potrafią wymyślić. straciła zapał po pięciu minutach, bo się nie obeznaje za bardzo w onetowych blogach, ale co znalazła, to jej. a znalazła między innymi boChaterkę o imieniu Soshite. parsknęła śmiechem, a po chwili, widząc, że to na poważnie strzeliła facepalma i stwierdziła, że niektórzy chyba rzeczywiście mają w głowie jedynie sznureczek, coby im uszy nie odpadły. znów, dla niegramotnych, wytłumaczenie - soshite jest czymś w rodzaju spójnika i (czymś w rodzaju, bo występuje, jak to w japońskim, w określonej sytuacji). dać córce na imię I? w związku z tym Andy chciałaby zobaczyć, jakimi znakami aŁtorka chciałaby to imię zapisać, bo trudno jej jakieś znaleźć. a ciekawi ją to, naprawdę.
pozostając w kręgu gier i zabaw z językiem Kraju Kwitnącej Wiśni. tym razem z majloga, bo na naszym podwórku też można trafić na piękne kwiatki. gdzieś tak w okolicach ogólnej paniki w związku z trzęsieniem ziemi i tsunami Andy trafiła na blogaska zatroskanej dziewoi. gimnazjalistki, o ile Andy pamięć nie myli. dziewoja ta twierdziła z pełną powagą, że, wbrew opinii mamy, uczy się języka Nihongo. seems plausible, eh? otóż nie. w japońskim nazwy języków tworzy się bardzo prosto - dodając do nazwy danego kraju znak 語 czytany "go" i oznaczający, ni mniej ni więcej, język. dziewoja chciała zaszpanować, a wyszło jej, że uczy się języka japońskiego języka, czy coś w ten deseń. to tak, jakby Andy powiedziała, że zna język English language. bez sensu, no ale. szpan jest, prawda?
i, już typowo frustracjowo a nie lolkontentowo. czy ludzie naprawdę piszą opowiadania w edytorze notek w panelu*? czy mają wyłączoną tę zajebistą opcję autokorekty, która zmienia cudzysłowy proste na pisarskie? bo to już któryś z kolei blog, na którym cudzysłów otwarty jest za pomocą dwóch przecinków. a to widać, naprawdę. trudno nie zauważyć różnicy między czymś takim: ,, a takim: „. może to Andy czepia się szczegółów, ale już chyba kiedyś wspominała, że one potrafią naprawdę dużo zmienić, prawda?
co do szczegółów, kolejny - zaczynanie apostrofy w dialogu wielką literą. no żesz! to nie jest list, który jest jedyną formą, w której zwrot do adresata należy pisać wielką literą. prawda, taki zabieg może być użyty jako element komiczny, chociażby, ale tylko przy odpowiednim uzasadnieniu i umiarze, a w większości przypadków jest to po prostu pisanie każdego tobie, ci, panie itepe wielką literą. z drobnymi wyjątkami, które tylko pokazują, że autor nawet tekstu nie czytał przed wywaleniem tego w sieć, bo raczej wyłapałby dwa zaimki osobowe napisane małą literą.
* to by tłumaczyło rodzaj i ilość błędów wskazujące na wrzucanie tekstu na gorąco, nawet go wcześniej nie czytając.
Komentarze (0), Dodaj
piątek, 25 lutego 2011, 23:07
Andy już kiedyś zapowiadała, że, jako fanka Pratchetta nie odpuści sobie notki o przypisach. przypisy, rzecz ważna. odkąd Andy poszła na studia, zaczęła czytać książki, w których tekstu jest na trzy linijki, a reszta strony to przypisy. ale w książkach jakoś łatwiej jest z tymi przypisami, bo tekst jest podzielony na strony, na których zbyt wiele się jednak nie mieści i umieszczenie przypisu na dole strony raczej nie przysparza problemów. problemy natomiast zaczynają się w internecie, w którym to teksty nie są podzielone na strony, tekst sobie leci i leci w dół, często długo i namiętnie, jak się ktoś rozpisze i nie przyjdzie mu do głowy podzielić swoje dzieło na rozdziały. no bo co? użyjemy trudnego słowa i biedny czytelnik musi scrollować do samego dołu, żeby sobie sprawdzić? na początku albo końcu, to jeszcze jak cię mogę, ale w środku tekstu? i jak tu później znaleźć moment, w którym się lekturę przerwało? no, ale cóż, do tej pory jakoś sobie autorzy radzili i czytelnicy albo czekali z wyjaśnieniem niektórych zagwozdek do końca rozdziału, albo scrollowali w górę i w dół. i wszyscy byli szczęśliwi, bo ostatecznie autor pomyślał, że coś może być niezrozumiałe i, skoro jest to oczywiste dla bohaterów a w narracji nijak nie ma jak wyjaśnić, to przynajmniej da przypis.
za to teraz... teraz Andy spotyka się coraz częściej z wielce inteligentnym pomysłem na umieszczenie przypisu tuż obok danego trudnego słowa. no że niby co? może to tylko Andy tak ma, ale taki przypisik, zwłaszcza, jeśli kilkuzdaniowy, mocno wybija ją z rytmu. a jak coś ją wybija z rytmu, to przestaje czytać.
wracając do końca poprzedniego akapitu - stwierdzenie, co umieścić w przypisie, a czego nie też nastręcza ostatnio wielu osobom strasznie dużo problemów. niektórym się zdarza tłumaczyć durnym czytelnikom, że, dla przykładu, Je t'aime znaczy kocham cię w języku żabojadów. albo, jeszcze lepiej, Andy sobie czyta jakiś tekst, patrzy, przypis, leci na sam dół tekstu, a tam cały cholerny akapit wyrwany z tekstu. taki akapit, który bez problemu pasowałby do narracji, bez żadnej zmiany. po co autorzy postanawiają zupełnie logiczne i pasujące do tekstu (ba! po wywaleniu do przypisu wręcz psujące czytelność swoim brakiem!) wyjaśnienie jakiegoś elementu świata przedstawionego do przypisu, Andy nie wie i pewnie się nie dowie. dziwaczne są ostatnio metody pisarskie, jak Andy bora kocha.
z innej beczki, bo Andy dawno nie było na frustracjach i jej się kilka tematów uzbierało - tym razem tak a propos podejścia autorów do czytelników. bo chyba za zobrazowanie szacunku do czytelnika można uznać teksty pod tytułem "rozdział beznadziejny, ale macie". to po ciul wrzucać coś, z czego autor nie jest zadowolony? i jeszcze się tym chwalić? to tak, jakby powiedzieć jakiemukolwiek zainteresowanemu czytelnikowi, że ma się go w dupie i rzuca mu się ochłapy, bo się nie chciało napisać tekstu porządnie. a jeszcze gorzej, jeśli taki tekst ma na celu jedynie wzbudzenie sympatii i wyłudzenie komentarzy wychwalających pod niebiosa tekst i autora, bo to już jest zupełne chamstwo. jaki nie byłby powód umieszczania takich tekstów w notkach odautorskich, Andy na ich widok dostaje drgawek i nóż jej się w kieszeni otwiera.
nie jesteś zadowolony z jakiegokolwiek fragmentu swojego dzieUa? to go popraw. a jeśli nadal nie jesteś z niego zadowolony, to popraw go jeszcze raz. i tak do skutku, bo żaden termin cię nie goni, a może się czegoś nauczysz (jak napisać coś, co chciało się napisać, chociażby, bo to, wbrew pozorom, bywa bardzo trudne). i jak już będziesz zadowolony z tego, co napisałeś, zacznij myśleć o opublikowaniu tekstu, bo przynajmniej będziesz miał świadomość, że nawet jak się przyszwęda taka Andy i powie coś zgryźliwego, to ty i tak wiesz, że wcześniej było jeszcze gorzej, i przynajmniej się taka cholera nie pieniła jeszcze za jawne traktowanie czytelnika jak idioty.
chcesz więcej komciów? to lepiej weź następny rozdział jako zakładnika, nawet to mniej Andy wkurza niż jawne traktowanie czytelnika jak idioty i nie ukrywa się za pozorną skromnością, a po prostu daje do zrozumienia, z jakim rodzajem autora (albo raczej ałtora) mamy do czynienia.
i tak na zakończenie jakimś lżejszym tematem... od kiedy to sufiks chan jest w japońskim odpowiednikiem naszego zwrotu grzecznościowego pani? bo Andy właśnie się dowiedziała, że jest i zleciała z krzesła ze śmiechu.
dla niegramotnych jest to sufiks dodawany do imion osób, które się dobrze zna (nazwijta jakąś świeżo poznaną dziewuchę Yuki-chan a zgarniecie najprawdopodobniej fochem a w skrajnych przypadkach w mordę, bo nie dość, że zdrabniacie jej imię, to jeszcze najprawdopodobniej jest to jej imię, a nie nazwisko, które byłoby bezpieczniejsze), małych dzieci, młodych dziewcząt, nastolatek, czasem względem facetów zresztą też, często wobec małych i puchatych zwierzątek, często wobec osób, które się bardzo, bardzo lubi. albo które chce się bardzo, bardzo wkurzyć, ale to już zależy od ludzi.
podsumowując, Andy właśnie się dowiedziała, że odpowiednik polskiego zdrabniania imion w japońskim jest tak naprawdę ichnią odmianą grzecznego zwrotu "proszę pani". od kiedy ludzie mówią "proszę pani" do dzieci i nastolatek, Andy nie wie i, zapewne jak zwykle w przypadkach blogaskowych mądrości lingwistycznych, nigdy się nie dowie.
środa, 1 grudnia 2010, 22:30
słownictwo w opowiadaniu. czy Andy mogła by prosić o jakąkolwiek konsekwencję względem słownictwa? piszemy opowiadanie/fanfik/cokolwiek w realiach Japonii/Anglii/Ameryki/Estonii/wstaw właściwą opcję? używamy imion spotykanych w danym kraju/kręgu kulturowym. piszemy opowiadanie w świecie oderwanym od naszego, ale korzystamy z terminologii/kultury kraju z naszego świata jako inspiracji? trzymajmy się tego. a nie, Andy trafia na opowiadanie, w którym pojawia się "sensei", "karasu" i nagle imię "Ashura" pochodzi od "ash". Ashura samo w sobie pochodzi z arabskiego. i oznacza "dziesiąty" i nic wspólnego z popiołem, jak chce aŁtorka, nie ma. skoro aŁtoreczka używa już słów japońskich, to niech będzie, na bora, konsekwentna (bo jakoś się Andy nie chce wierzyć, że aŁtorka postanowiła pobawić się w mieszanie języków i zrobić coś z "ura", bo co? zatoka popiołu? tył popiołu? wróżba popiołu? yup, Andy've got nothing). tak, "Kaijin" albo "Kaibun" (że o "Hai" Andy nie wspomni) nie brzmią ładnie jako imię pewnie głównej bohaterki (swoją drogą, Clampowy Ashura był bezpłciowy, a najprawdopodobniej z twórczości Clampa pochodzi to imię). ale gdzie japoński, a gdzie angielski?!chociaż, czego Andy się spodziewa po kobiecie, która w wieku dwudziestu czterech lat nie potrafi napisać poprawnie zdania?
poniedziałek, 29 listopada 2010, 19:37
koleżanka analizowana ostatnio dodała nową notkę i zapowiada się na kolejny materiał do czepiania. cusz...z innej beczki.
Ja osobiście bardzo się boję, bo to mój drugi debiut, po wtopie z pierwszym opowiadaniem.
nie, Misiu. debiut to ty miałeś jeden. zadebiutowałeś, wtopiłeś, jak sam twierdzisz, twój ból. mogłeś się do tego w ogóle nie przyznawać (gdyż ponieważ zarówno blog z opowiadaniem, jak i konto na myspocie powstały jakieś dwa tygodnie temu a wtopa zaginęła pewnie bez wieści), miałbyś z głowy nastawienie czytelników "twierdzi, że coś wtopił poprzednio, teraz trzeba mieć się na uwadze, bo może powtórzyć błędy". a debiut jest pierwszym pojawieniem się na scenie. i szlus. nie można mieć drugiego debiutu, tak jak nie można mieć trzeciego ani czwartego pierwszego oddechu. znaczy, można mieć kilka debiutów na koncie, ale tylko, jeśli każdy z nich odbywał się na innym polu - dla przykładu, znana piosenkarka może nagle zadebiutować jako pisarka. a później jako malarka. a następnie jako matka, czemu by nie. ale też jako pisarka, malarka czy matka, debiutować będzie tylko raz, tak, jak w roli piosenkarki miała tylko jeden debiut.
Andy wie, że niektórzy mają problemy z trudnymi słowami, ale żeby debiut się do nich zaliczał?
{proszę państwa, mamy pisaka z prawdziwego zdarzenia. nie potrafi gość złożyć jednego zdania prostego bez jednego błędu.}
wtorek, 23 listopada 2010, 20:17
Andy zwykle cznia na wiersze i poświęcone im strony omija szerokim łukiem (uraz z klasy humanistycznej, jak nic), ale, że trafiła przez przypadek... wiersz, jaki jest, każdy widzi. różne są rodzaje wierszy, choć ostatnio najpopularniejsze stają się wiersze białe. najprawdopodobniej dlatego, że nie zmuszają autorów do brnięcia w rymy i zastanawiania się, czy dane złożenie nie jest aby przypadkiem częstochowskim. nie zmienia to faktu, że nawet wierszy imają się zasady interpunkcji. niestety, dla niektórych radosnych twórców.
Andy nie bierze się za analizę treści, gdyż ponieważ żadnej nie dostrzegła poza starym wyświechtanym panta rei.
Opuściłem dom
opuściłem miasto ukochane
opuściłem najbliższych
Wyjechałem,
jedynym bagażem była walizka
były w niej wspomnienia,
chwile ulotne
po za tym,
kilka pożółkłych zdjęć...
Wróciłem,
nie było mnie rok
nie odnalazłem domu, który opuściłem
miasto było mi obce
ludzie, niby ci samo, ale już inni
Chodziłem, pytałem, szukałem
nie znalazłem
Rozejrzałem się
widziałem
puste, ciemne ulice
puste domy,
całe dzielnice - puste, jałowe
Nagle,
ktoś mnie zatrzymał na ulicy
spytał:
- Już późno, nie wracasz do domu?
smutny, zamyślony,
odpowiedziałem mu:
- Nie mam domu, mam tylko walizkę. *
Poszedłem dalej... w mrok.
* "Nie mam domu, mam tylko walizkę." -
słowa wypowiedziane przez głównego bohatera dramatu
Augusta Strindberg`a pt.: "Do Damaszku".
opuściłem miasto ukochane
opuściłem najbliższych
Wyjechałem,
jedynym bagażem była walizka
były w niej wspomnienia,
chwile ulotne
po za tym,
kilka pożółkłych zdjęć...
Wróciłem,
nie było mnie rok
nie odnalazłem domu, który opuściłem
miasto było mi obce
ludzie, niby ci samo, ale już inni
Chodziłem, pytałem, szukałem
nie znalazłem
Rozejrzałem się
widziałem
puste, ciemne ulice
puste domy,
całe dzielnice - puste, jałowe
Nagle,
ktoś mnie zatrzymał na ulicy
spytał:
- Już późno, nie wracasz do domu?
smutny, zamyślony,
odpowiedziałem mu:
- Nie mam domu, mam tylko walizkę. *
Poszedłem dalej... w mrok.
* "Nie mam domu, mam tylko walizkę." -
słowa wypowiedziane przez głównego bohatera dramatu
Augusta Strindberg`a pt.: "Do Damaszku".
skoro autor już uznaje, że rymami nie zawraca sobie głowy, to mógłby chociaż zajrzeć do słownika. po i za to nie to samo, co poza. jedna spacja, a trochę zmienia. zabija poprawność, chociażby. a później zaczyna się interpunkcja. większość autorów po prostu sobie ją daruje i ma problemy z głowy (patrz chociażby twórczość Herberta). tutaj natomiast jest radosne olewanie jakichkolwiek zasad. zwrotki zaczynane wielką literą, mimo, że poprzednia bynajmniej kropką się nie kończy. przecinki wstawiane, gdzie autor uważał, a ich kompletny brak w miejscach, gdzie być powinny (pierwsza zwrotka to wymienienie, przecinki być muszą, skoro pojawiają się później przy wymienianiu zawartości walizki). Andy rozumie, furor poeticus, te sprawy, ale nadal mamy maglowany od dawien dawna problem sprawdzenia tekstu przed wrzuceniem go w Internet.
i nauczcie się wreszcie używać apostrofu przy odmianie, na Bora!
{Andy robi się monotematyczna}
niedziela, 21 listopada 2010, 21:45
czy tylko Andy dostaje kurwicy, jak widzi niektóre teksty na stronach z hasłem na zabezpieczonych blogach? większość użytkowników myloga raczej radzi sobie z w miarę uprzejmym przekazaniem ogółowi, że nie jest on mile widziany na danym blogu (często po prostu zostawiają defaultowy tekst serwisu i to też jest zrozumiałe). ale zdarzają się ludzie, którzy postanawiają chyba pokazać całemu światu, że są zajebiści i ponad wszystko. Oh jak przykro, nie umiesz wejść na bloga? To znaczy, że jesteś idiotą i nadajesz się tylko do podcierania mojej dupy.
nie, kotku. to znaczy, że Andy zaciekawił tytuł twojej notki i chciała sprawdzić, czy może treść jest równie ciekawa. cóż, Andy nie dowiedziała się, czy treść jest równie ciekawa, co tytuł. Andy dowiedziała się za to, że jest idiotką, bo nie potrafi czytać autorce bloga w myślach i nie jest w stanie odgadnąć hasła na bloga. zajekurwabistość aż się wylewa z monitora i przeżera się przez klawiaturę.
jaki jest tego cel? bo Andy już naprawdę nie ma pomysłów. znajomi, znający hasło (o ile jacyś są) i tak będą musieli za każdym razem dowiadywać się, że jedyne do czego się nadają, to podcieranie autorskiej dupy (może to o to chodzi, o pokazanie ogółowi, że panna jest lepsiejsza?), przypadkowi odwiedzający (tacy jak biedna Andy) co najwyżej zaliczą wkurw galopujący i co? ktoś sobie poprawia samoocenę a Andy dostaje pierdolca zastanawiając się, gdzie polazł pomyślunek delikwenta.
czwartek, 18 listopada 2010, 17:11
wrrr... Andy jest w trakcie kolorystycznego wyżywania się na pewnym tekście (zaznacza sobie radośnie różne błędy na różne kolorki, efekt wygląda... tęczowo), ale jeszcze nie wie, co jej z tego wyjdzie (pewnie pod koniec nie zdzierży i rzuci cholerstwo w pierony). w tak zwanym międzyczasie, aby frustracjowy blog nie zakurzył się ponad normę, wkurw sprzed chwili. cytaty, tytuły. jak to cholerstwo zapisać? ano, na dwa sposoby można - albo pakujemy w cudzysłów (zamiast cudzysłowu można użyć pojedynczego cudzysłowu, czyli popularnego ostatnio apostrofu), albo traktujemy frazę kursywą. albo rybka, albo akwarium. nie jedno i drugie. w edycji tekstów niedopuszczalne jest używanie więcej niż jednego wyróżnienia dla danej sekcji tekstu. tak samo, jak w formatowaniu niedopuszczalne jest pogrubienie użyte razem z kursywą i inne wariacje trzech podstawowych wyróżnień tekstu, tak niedopuszczalny jest zapis 'Mononoke'. zresztą, tytuł ujęty w apostrofy też jakoś specjalnie estetycznie się nie prezentuje, pojedynczy cudzysłów używany jest raczej przy cytowaniu w cytacie ("I ona mi na to 'Spierdalaj', wyobrażasz sobie?", usłyszałam dzisiaj jadąc autobusem na uczelnię). poprawne formy: Mononoke albo "Mononoke". nic pomiędzy, żadne połączenie.
a propos, skoro Andy już czepia się pojedynczych błędów - przed "albo" nie ma przecinka, jeśli jest to jedyne "albo" występujące w zdaniu. "Pójdę do szkoły albo nie", ale wyżej użyte "albo rybka, albo akwarium".
i, było wałkowane, ale, na bora! Andy została tym utrupiona w połowie szaleństwa z kolorami czcionki. Michael'a. nie. Andy błaga, niech ktoś jej powie, że to nie istnieje naprawdę. ogólnie, odnośnie tekstu kolorowanego, aktualnie Andy ma jeden gorący apel do wszystkich ludzi, aspirujących do nazywania siebie osobami piszącymi - myślta, co piszeta! a jak nie jesteście pewni, to wklepcie sobie w google. sprawdźcie na tej stronie. w ogóle, słownik twoim przyjacielem, myślenie zresztą też, ono, wbrew pozorom nie niszczy szarych komórek. ono je uruchamia.
piątek, 15 października 2010, 20:58
ożesz w mordę jeża... miało być o przypisach, ale... Andy znalazła sobie tekst na którym pożywki dla marudzenia i wytykania błędów jest od groma. w jednym rozdziale. ops, prologu. to już chyba będzie analiza. tylko nie w stylu SUSowym, a raczej wyciągnięcia wszystkich błędów w tekście objętości półtorej strony Worda. Oryginał tu
Wąskie, londyńskie uliczki tonęły w nieposkromionej, nocnej czerni, strasząc strwożonych samotną drogą ludzi.
czyli że to była jedyna droga w mieście? no bo taka samotna...
Kamienice stojące jedna obok drugiej, tworzyły ogromny, długi mur, oddzielający od dzielnic bogatszych mieszkańców Londynu.
oddzielający co od dzielnic bogatszych i tak dalej?
Każdy dom zwieńczony kamiennym lub marmurowym portykiem miały gdzieniegdzie lekko zatarte, lecz dosyć widoczne płaskorzeźby z abakanu.
kamienice. w ubogiej robotniczej dzielnicy. zwieńczone portykami. portyk to, proszę państwa, "zewnętrzna część budynku, otwarta przynajmniej z jednej strony kolumnadą lub rzędem filarów, [...] często zwieńczona trójkątnym frontonem"*. to taki wypasiony ganek z kolumienkami. Andy przypomina, że nadal znajdujemy się w biednej dzielnicy, gdzie pewnie tynk się z ubogich kamieniczek osypywał a w jednym pokoju gnieździło się o parę osób za dużo, żeby życie było wygodne. do tego portyki te wieńczą budowle. wieńczenie budynku może się odbywać raczej na jego szczycie niż na wysokości pierwszej, opcjonalnie sięgając do drugiej, kondygnacji. i dochodzimy do abakanów. można sobie wygooglać, ale autorka jest tak kochana, że w przypisie tłumaczy, iż abakan to "tkanina artystyczna, z której formuje się płaskorzeźbę". ha. autorka nie podaje, że ten rodzaj rzeźby został wprowadzony przez babę urodzoną w 1930 roku i w 1834 jakoś marne miał szanse pojawiać się na architekturze. w formie zatartej. ciekawe, jak materiał ma się zacierać, swoją drogą? strzępić, blaknąć, jeśli był kolorowy, ale zacierać?
Śpieszący się ludzie nie zwracali na siebie uwagi. Chcieli jak najszybciej wrócić do ciepłego, przytulnego domu, gdzie spokojnie będą mogli się pożywić i zasnąć obok kochającej żony.
więc. po mieście pałętali się jedynie mężczyźni. i wszyscy, wszyscy mieli żony, przytulne domy i ciepłe żarcie czekające na stole. nikomu na nos z dziury w dachu nie kapało, żona nie czekała na nikogo z patelnią za węgłem, każdego stać było na chleb. szczęśliwa to wizja miasta, nieprawdaż?
W roku 1834, kiedy to Louis Braille opracował alfabet Braille’a [...]
a masło jest maślane. jeśli to się nie nazywa niezręczność stylistyczna, to Andy jest tlenioną blondynką.
Wiele upadłych kobiet ginęło bez śladu, a towarzyszący im mężczyźni byli najczęściej sądzeni i wieszani lub wtrącani do więzienia jako podejrzani.
więc. kobiety upadłe ginęły bez śladu, więc ich nie odnajdywano. mężczyźni, którzy im towarzyszyli tak jakby powinni być równie zaginieni co swoje towarzyszki. czyli ich też nie da się znaleźć. chyba, że sądzeni i skazani byli zaocznie, ale wtedy jakim cudem ktoś w ogóle wiedział, że akurat ten delikwent towarzyszył tej delikwentce? londyńskie dziwki prowadziły dokładny rejestr klientów?
Nikt nie wiedział jak temu zaradzić, jak sprawić by dawny Londyn, który tętnił życiem, rozświetlił ciemne, niebezpieczne zaułki i zniszczył świat zawiłych intryg.
Andy wyobraziła sobie dawny Londyn, który, jak każde miasto, nigdy tak idealnie przyjemnym miejscem być nie mógł, w formie żarówki nad swoją aktualną wersją. ewentualnie latający z packą na muchy na intrygami, uciekającymi w popłochu pod łóżka.
– Skusisz się? – szeptały oparte o ścianę kamienicy młode kobiety, odsłaniając śnieżnobiałe dekolty i wodząc opuszkami palców po nagim ciele.
tak. panienki lekkich obyczajów z ubogiej dzielnicy to panny o białych dekoltach. zignorujmy fakt, że panny raczej z higieną były na bakier. zignorujmy fakt, że panny wcale młode być nie musiały, a każda jakoś poderwać klienta musiała, niezależnie, w jakim wieku była.
Mężczyzna patrząc na nienaganne sylwetki, delikatne twarze i drżące z namiętności usta, poczuł jak jego twarz momentalnie się czerwieni.
ha! nienaganne sylwetki! delikatne twarze! u dziwek, które pewnie znały wszelkie możliwe sposoby, w jakie życie i bliźni mogą je skopać po rzyci. nie wszystkie będą ideałem piękna. ba, niewiele będzie ładnych, bo jak kobieta miała ładną buzię, to raczej szybko trafiała do jakiegoś przytulnego zamtuziku, a nie marnowała się na ulicy. brak przecinka przed wtrąceniem. i przed "jak".
Ian przerażony zachowaniem zupełnie nieznanych mu kobiet, przyspieszył kroku i zniknął za zakrętem
zdanie jest jak w mordę strzelił z punktu widzenia Iana. za zakrętem w takim razie rozpłynął się w powietrzu. i jeszcze brak przecinka przed wtrąceniem.
Wychował się w bogatej, wysoko ustawionej rodzinie, gdzie ceniono uczciwość, szczerość i ciężką pracę.
po pierwsze: "gdzie" odnosi się do miejsca. rodzina miejscem nie jest. "w której". po drugie: wysoko ustawiona rodzina? na półce nad kominkiem tę rodzinę ktoś ustawił, czy co?
[East End] Był również najczęstszym tematem plotek i rozmów.
"A słyszała pani, ta okropna dzielnica znowu się schlała przedwczoraj i ponoć usiłowała zgorszyć City of Westminster! oburzające!"
Wszelcy niegodziwcy wywodzili się właśnie ze wschodniej części – to tutaj dochodziło do okrutnych mordów, krwawych porachunków. Tutaj codziennie dochodziło do zamieszek, okrucieństw i gwałtów. Stąd wychodziły chciwe, gwałtowne kobiety, pragnące sławy i pieniędzy.
bo reszta Londynu grzecznie chodziła do pracy, zarabiała pieniążki, a później, nie wadząc nikomu wracała do domku do stęsknionej żoneczki i noc spędzała w łóżeczku z rączkami na kołderce. nigdzie indziej, tylko w East End rodzili się psychopaci, mordercy, gwałciciele, tylko w East End mąż lał żonę za to, że zupa była za słona do czasu, kiedy żona nie wytrzymała i wsadziła mu w nóż kuchenny między żebra. tylko w East End ludzie kradli (ciekawe zresztą, co, na większą skalę?) i tylko tutaj miejscowe bandy rozliczały się ze swoich długów. panny negocjowanego afektu pojawiały się tylko tutaj. i tylko tutaj kobiety marzyły o tym, żeby wyrwać się z tego nudnego świata paru podwórek i coś osiągnąć. reszta Londynu w tym czasie spała. z rączkami na kołderce. a jeszcze przed chwilą dawny Londyn miał niszczyć intrygi i niebezpieczne zaułki Londynu aktualnego. tylko Andy dostrzega tu niekonsekwencję?
w pół przytomnych młodzieńców [...]
można komuś przerwać w pół słowa. przytomnym/nieprzytomnym/zgiętym można być wpół.
Historia East End była znana w całym Londynie.
więc każdy wiedział, że w czasach średniowiecznych do East End, za mury miejskie, przenosiły się warsztaty, które przykrymi były reszcie mieszkańców miasta? jakoś nie wydaje mi się, żeby pierwszy lepszy człowiek, zaczepiony na ulicy, w wieku XIX czy dzisiaj, znałby na wyrywki historię nawet swojej własnej dzielnicy (oczywiście nie mówimy tu o zboczeńcach na punkcie historii okolicy, a o zwyczajnym, statystycznym zjadaczu chleba).
Nie było człowieka, który nie wiedziałby o ciemnej, groźnej dzielnicy, gdzie trwa teatr namiętności i spełnienia słodkich marzeń; gdzie kobiety niczym ambrozja urozmaicają szare życie i oddają siebie, swoje ciało, aby stworzyć mały, tajemniczy świat lapidarnej miłości.
znowu - dziwki, toczone chorobami wenerycznymi, brudne, często zagłodzone. porównane do ambrozji. no ktoś tu ma ciekawy światopogląd na to, co godne jest bogów.
Zatrzymał się. Jego kroki rozbrzmiewały swoistym, cichutkim echem, roztrzaskując się o grube ściany kamienic.
OK. rozpiszmy to sobie chronologicznie, bo to ciekawe, co tu się dzieje. 1. facet się zatrzymuje - przestaje iść -> przestaje stawiać kroki -> przestaje wydawać odgłosy. 2. jego kroki nadal idą i rozbrzmiewają swoistym echem, równocześnie te same kroki roztrzaskują się o ściany. jak to robią Andy nie ma pojęcia. licentia poetica, te sprawy, autorka może wie, jak kroki mogą się roztrzaskiwać na czymkolwiek.
Ciemność przeszył przeraźliwy krzyk, niszcząc minimalne poczucie bezpieczeństwa i nadziei Iana na opuszczenie tego szkaradnego miejsca.
poczucie nadziei, to coś nowego.
Sumienie nakazało mu postąpić parę kroków do przodu, by zobaczyć co stało się tuż, tuż, niedaleko jego postoju.
poza tym, że pewnie i tak musiałby zrobić tę parę kroków przed siebie żeby wyjść z uliczki, chociażby, to druga część zdania jest znowu pięknym przykładem niezręczności stylistycznej. miało być elokwentnie, wyszło dziwnie.
Mętlik jaki zapanował w jego głowie, zatarł wszelkie drogi ucieczki.
przed "jaki" przecinek, poza tym mętlik we łbie człowieka nie zatrze fizycznie istniejących dróg, na przykład bocznej uliczki. może sprawić, że posiadacz mętliku nie zauważy bocznej uliczki lub nie uzna jej za drogę ucieczki, ale nie zatrze jej istnienia.
Ruszył w stronę zaułku, skąd dobiegł go głos dramatycznego tenoru, przepełnionego rozpaczą. Cichutkie pojękiwanie zmieniło się w szloch i płaczliwe prośby.
wyprzedzając akcję, Ian znajduje w zaułku kobietę. skoro to zaułek, chłopak musiałby zobaczyć, gdyby ktoś z niego wychodził, a gdyby ktoś z niego wychodził, Ian pewnie też dostałby w kosę w brzuch. biorąc pod uwagę rozpacz, dramatyzm, pojękiwanie, szloch i płaczliwe prośby, wychodzi na to, że tenor należał do kobiety. niestety, w kobiecej skali głosu nie ma tenoru. chyba, że Ian nie potrafi rozróżnić płci inaczej, jak po tym, czy dany osobnik ma na sobie kieckę czy spodnie. wtedy można próbować to wytłumaczyć początkami transwestytyzmu.
Ian nie mogąc znieść strachu mieszającego się z ciekawością, ruszył niepewnie w stronę kwileń nieznanej mu kobiety, leżącej bez ruchu na ziemi.
znów brak przecinka przez wtrąceniem.
Będąc świadkiem tak okrutnej sceny, poczuł wielką chęć, by pomóc na w pół przytomnej damie.
tutaj mamy przypadek poglądowy kompletnego braku opisu sytuacji. wiemy tylko, że kobieta leżała bez ruchu na ziemi i jęczała. nie wiemy, czy wokół niej rozlewała się plama krwi, czy coś ostrego wystawało jej z ucha, czy była dziwnie sina i spuchnięta, czy trzymała się za jakąś konkretną część ciała. wiemy, że równie dobrze mogła być w sztok pijana i po prostu potknąć się o wystający koci łeb, a teraz usiłuje się zorientować, czemu bruk uderzył ją w twarz. i znowu "w pół" zamiast "wpół".
Przykucnął i ujrzał bestialsko potraktowaną płeć piękną.
khem. w dalszych pięciu zdaniach, jakie dzielą nas od końca prologu nie pada ani jedno stwierdzenie, co kobiecie się stało. nic. została bestialsko potraktowana. a raczej nie kobieta, którą Ian przypadkowo nadybał w zaułku, a płeć piękna. tego kwiatu jest pół światu, zatłoczony, Andy rozumie, ten zaułek.
Nie uciekł, nie wezwał pomocy – trwał przy kobiecie do samego końca, wlewając w jej delikatne ciało uspokajający szept.
jakież to romanticzne. ona kona, a ten jej wlewa przez pępek, albo ucho, albo inną dowolnie wybraną dziurę w ciele, uspokajający szept, zamiast polecieć po lekarza. po pomoc. wziąć babę na plecy i zanieść do najbliższego posterunku. nie. on przy niej został, żeby nie umarła w samotności. dobrze, że cegłą jej pośpieszać w tym umieraniu nie musiał.
Martwa kobieta nie zdążyła wyszeptać ostatnich słów ostrzeżenia.
to się rozumie samo przez się. to już galopujący żart schwarzcharakterów, że trup raczej tajemnicy żadnej nie zdradzi.
W ciemności zalśniło ostrze noża, a w powietrzu zawisł fatum śmierci.
a to... Andy ma nadzieję, że to jest literówka i autorka zdaje sobie sprawę, że fatum jest rodzaju nijakiego. Andy naprawdę ma nadzieję.
i na tym to się kończy. znaczy, dalej mamy przypisy, lakoniczne wytłumaczenie czym jest abakan i ile mierzy stopa. w komentarzach jest też prośba, aby autorka tekstu wytłumaczyła swoją wypowiedź z innego bloga, gdzie użyła "bynajmniej" jako "przynajmniej". to chyba dość ładnie podsumowuje całość tekstu.
* za: Kozakiewicz S.: Słownik terminologiczny sztuk pięknych. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 1969.
czwartek, 14 października 2010, 15:36
jak to jest, że co Andy wejdzie na jakiś blog z opowiadaniem, w pierwszym zdaniu znajduje pięć błędów? to już jest andysiowy cynizm i czepialstwo, czy naprawdę nikt piszący i publikujący swoje dzieło w sieci nie potrafi zrobić tego porządnie bez wołających o pomstę do nieba baboli? już dawno nie zdarzyło się, żeby w pierwszym akapicie Andy nie natrafiła na WTF moment.
Andy zdaje sobie sprawę, że betować własnego tekstu się nie da, po prostu mija się to z celem, bo można znaleźć większość literówek, ale trudno zauważyć błędy stylistyczne, niezręczności, nawet ortografy trudno czasem wyłapać, jeśli nie jest się ich świadomym. do poprawiania własnego tekstu potrzeba czasem ogromnych pokładów dystansu do siebie i do swojej twórczość, a o to często trudno.
tak, prawda, zapis to nie wszystko, treść też się liczy. ale trudno się skupić na treści, jeśli w tekście pojawiają się co krok idiotyzmy, błędy wszelakie, szalejące imiesłowy i tak dalej. przynajmniej Andy tak ma, że widząc pierwszego poważniejszego kwiatka natychmiast wyklikuje się ze strony. zapobiega to flame'om, bluzgom i fochom. ewentualnie, jeśli jest naprawdę zaciekawiona (co się rzadko zdarza, ale czasem jest taka sytuacja), rozbijać sobie musi tekst zajmujący dwie strony w Wordzie na pięć podejść.
co więc robić, żeby nie przyprawiać Andy o zawał portykami wieńczącymi kamienice w East End? znaleźć, do jasnej cholery, betę. nie wierzyć bandzie komentatorów liżących dupę, że super, że zajebiście, żadnych błędów i w ogóle, trzeba to wydać. należy sprowadzić się do poziomu gruntu i przyjąć za pewnik, że natrzaskało się od zadziobania błędów i całować po stopach, jeśli znajdzie się ktoś, kto powie, co jest źle, chociażby mniej-więcej. bo to się naprawdę robi nudne, kiedy każdy prolog zaczyna się, że Andy to tak ujmie, z kopyta (między oczy czytelnika), a pod spodem pięć peanów na cześć autora i dzieła.
trochę samokrytyki nie powinno boleć. powinno ułatwić życie. choć, patrząc na to, co się ostatnimi czasy wyprawia w światku wydawniczym, Andy zaczyna mieć wątpliwości, czy niektóre teksty są choć raz przepuszczane przez korektę.
więc, wiecie co? chrzańcie moje jęczenie, drodzy autorzy, nie sprawdzajcie merytoryki waszych tekstów, nie sprawdzajcie ich pod kątem jakichkolwiek błędów. bo po co? po dupie polizani i tak zostaniecie przez swoje grono dozgonnych fanów. tylko czy to takie fajne, mieć świadomość, że opinie są takie jakby trochę... nieszczere? albo mało wartościowe, jeśli ktoś nie potrafi dostrzec wyraźnego braku słowa w zdaniu, trudno przejmować się jego komentarzem na temat tekstu.
swoją drogą, według Andy wytknięcie błędów przez osobę znaną i przez autora tekstu lubianą zostanie raczej przyjęte lepiej, niż gdyby miał tam wpaść jakiś anonimowy ktoś. w Andy światopoglądzie pokazanie, o, tu, tu i jeszcze tam zrobiłaś błąd, tutaj czegoś brakuje, a to brzmi koślawo jest wyrazem tego, że komentujący przeczytał tekst, nawet kilka razy, pomyślał nad nim trochę i poczuł się zobowiązany pomóc.
ale Andy, wychodzi na to, dziwna jest.
{Andy powraca z bezinternetowych bezdroży uniwerka. znaczy, na bezdrożach uniwerka Andy nadal jest, jednak teraz ma już sieć.
w następnej notce będzie rant o przypisach. jako zdeklarowana wyznawczyni Pratchetta Andy czuje się zobowiązana.}
poniedziałek, 27 września 2010, 22:30
valuation zamilkło, oby na wieki, szczerze powiedziawszy. ale to nie znaczy, że inne ocenialnie są od kwiatków wolne. Oceniamy blogi w sposób subiektywny, więc pod kontem naszego upodobania.
kursywa by Andy. uwielbiamy błędy, których Word nie wyłapie, bo, z ortograficznego punktu widzenia, błędami nie są. niestety, AI jeszcze nie istnieje, Word nie zorientuje się, że piszącemu chodzi o kąt (między dwiema półprostymi, wychodzącymi z tego samego punktu), a nie konto (w banku). homonimy trudna rzecz, że Andy przytoczy prosty przykład - "kazać" i "karać". na razie widać różnicę, prawda? ale, jak zrobi się z tego imiesłowy, oj, tu się zaczynają schody. takie dizajnerskie, kręte i nie do pokonania bez uprzedniego przemyślenia sprawy. i później się znajdują teksty, w których (cytat z pamięci i w przybliżeniu, dostęp do oryginału został zablokowany przez aŁtorkę) "deszcz pada rzęsiście, karząc mieszkańcom siedzieć w domach". pomijając pozostałych kilka błędów popełnionych w jednym zdaniu. i, oczywiście, żadna z ocenialni, które dotychczas panience zaserwowały maksymalne ilości punktów, całowanie po stopach i wychwalanie pod niebiosa, jakich to ona arcydzieł nie stworzyła, że klękajcie narody, nie wytknęła tego błędu. jak i żadnego innego, ale to temat na inną notkę.
niedziela, 26 września 2010, 21:21
rozmowa z komisją na obronie (albo i nie, Andy nie do końca obczaja, co dokładnie się tam dzieje. komisja mówi studentowi, że powinien przemyśleć wybór tematu?) magistra w wykonaniu bohatera przekonanego, że zjawiska paranormalne istnieją. - Panie Wright – zaczął z ciężkim westchnięciem – jestem tolerancyjnym człowiekiem, ale nawet jak dla mnie „Ewolucja poglądów społeczeństwa na temat wampirów na przestrzeni wieków” jako temat pracy doktorskiej na wydziale psychologii to już lekka przesada. Na dodatek w swojej pracy cały czas stara się pan nam udowodnić, że – ni mniej, ni więcej – wampiry istnieją w pojęci ludzkości jako integralna część społeczeństwa, a na dodatek są... cóż, prawdziwe. – Otworzył pracę Samuela i przyjrzał się jednej ze stron. – I czy naprawdę uważa pan, że „Saga Zmierzch” autorstwa Stephanie Meyer powinna się znaleźć w pańskiej bibliografii?
Sam poczuł, jak rumieni się gwałtownie; nawyki z dzieciństwa stają się często przekleństwami dorosłości.
- Cóż, jeśli mam być szczery, jestem raczej wielbicielem pani Rice, której książki również znalazły się w bibliografii, jeśli już zahacza pan o ten temat. Jednak „Zmierzch” dużo bardziej oddaje stosunek ludzi do...
Sam poczuł, jak rumieni się gwałtownie; nawyki z dzieciństwa stają się często przekleństwami dorosłości.
- Cóż, jeśli mam być szczery, jestem raczej wielbicielem pani Rice, której książki również znalazły się w bibliografii, jeśli już zahacza pan o ten temat. Jednak „Zmierzch” dużo bardziej oddaje stosunek ludzi do...
Andy zakrztusiła się soczkiem, zdrowym, wieloowocowym. pomijając ciekawe użycie cudzysłowu (Andy nie miała pojęcia, że saga Meyerki nazywa się "Saga Zmierzch"), że niby co?! ludzie nagminnie dziś uważają wampiry za sparklące się, pardon my French, pizdy? czy może ogół ludzkości ma do tych pizd stosunek... Bellowy? Andy rozumie, że facet ma hyzia i bardzo bardzo bardzo wierzy, że wampiry i reszta tałatajstwa istnieje (bo widział jakieś oczy, pewnie złote/bursztynowe/miodowe, dziecięciem będąc), ale, na miłość bora, miejmy choć trochę samokrytyki! albo zdrowego rozsądku. i użyczajmy ich postaciom, bo ktoś w końcu biedną Andy wykończy tym soczkiem. a dzisiaj się ludzie uwzięli zdrowo, bo Andy zdążyła trafić na dziewuchę z zachowaniami pachnącymi depresją, której mamusia mówi, że powinna się leczyć, a bidulka przecież nie jest nienormalna (gratulujemy, swoją drogą, zrozumienia działania psychologii i temu podobnych) i kolejne opowiadanie pozbawione ogonków, opanowane przez szalejące imiesłowy i z dziwną fleksją, że Andy wymieni trzy najczęstsze błędy.
czwartek, 16 września 2010, 18:39
oooh, the mighty "don't like, don't read" rule. Andy to uwielbia. dobra, powiedzmy, że ma to jakiś sens w przypadku opowiadań (w tym fanficków), zwłaszcza w przypadku lemonów tudzież brutalnych scen i takich rzeczy. nie ma to sensu, jeśli jest użyte jako obrona w przypadku oskarżeń o błędy gramatyczne czy logiczne. ale. na blogu traktującym o jakimś tam aspekcie życia? według Andy stwierdzenie na początku "jak ci się nie podoba moja opinia, to sobie idź" to jak zabicie jakiejkolwiek możliwości dyskusji. i Andy ma w tym momencie nieodpartą ochotę sobie nie iść, za to zostawić komentarz sążnisty (pozdrowienia dla zeszłorocznych maturzystów) a jadem przepełniony. zarówno na temat poruszony w notce jak i na temat zastrzegania sobie, że właściciel nie ma zamiaru oglądać opinii nie zgadzających się z jego własną. wymiana poglądów nie boli, a tutaj, Andy ma wrażenie, autor jest nastawiony tylko i wyłącznie na nadawanie o swoich poglądach, bo się chyba nieszczęśliwie zakochał. a notka jest tak kwikaśnie bezsensowna, że Andy nie wie, śmiać się czy płakać nad rozpoetyzowaniem autora.
swoją drogą, jaki jest sens zastrzegania sobie na stronie monopolu na rację? i co, czekać tylko na komcie pod tytułem "tak, to prawda, jaki ty biedny, zgadzam się w stu procentach"? a jak się pojawi, chociażby, opinia kogoś, kto nie podziela zdania autora? będzie foch czy wielki flame war? bo w próbę dyskusji Andy nie wierzy.
{bonus}
(...) o tej ciekawej grze w której możemy przelecieć cały wirtualny kosmos.
chyba nie chodziło o to, z czym się Andy skojarzyło, ale... wording fail much?
// Andy przeprasza za swoje kosmate myśli.
środa, 15 września 2010, 22:48
Andy zastanawiają ludzie, którzy pozakładają sobie dziesięć blogów z opowiadaniami, wrzucą na każdy jakiś prolog i opcjonalny rozdział a później marudzą, że nie mają na nic pomysłów i żadne z opowiadań im nie idzie. a może sobie po prostu zajmują miejsce, żeby nikt adresu nie podprowadził, jak autor za pięć lat skończy swoje epickie dzieło, które idzie mu jak krew z nosa, swoją drogą? jaki jest sens rozgrzebywania kilkunastu rzeczy naraz, jeśli nawet wykonanie jednej jest... marne? i jeszcze jedno. Andy lurkuje sobie radośnie na mylogu i jakiś czas temu trafiła na kobitkę, piszącą opowiadanie. prolog był ładny i, wyjątkowo, był prologiem (patrz któraś z pierwszych notek), styl też niczego sobie, choć może trochę zbyt patetyczny (w znaczeniu polskim), więc Andy postanowiła tej pani popilnować. pani po tygodniu zniknęła jak sen jaki złoty, Andy chwilę pożałowała i radośnie powróciła do radosnego lurkowania. po trzech dniach natrafiła na tę samą babę, z nowym błyszczącym kontem na myspocie i nowym błyszczącym opowiadaniem. okej, whatever, pomyślała Andy i zapamiętała adres opowiadania. po czterech dniach konto zniknęło. i tak w kółko Macieju, od chyba miesiąca, z różnymi adresami, różnymi opowiadaniami, czasem autorka nawet nie zdąży zdjąć hasła z bloga, a już usuwa konto.
skąd Andy wie, że to za każdym razem ta sama osoba? ma tak charakterystyczne nazewnictwo blogów, że Andy wręcz podskórnie czuje, że to ona, widząc jakiegoś jej bloga w tabelce z nowymi stronami, a jeśli wrzuci cokolwiek i zdejmie hasło wystarczy wejść na podstronę o mnie, żeby się zorientować.
o co chodzi? bo to przerasta andysiowy rozumek.
niedziela, 12 września 2010, 18:41
Andy przeprasza, ale...czy wy, do kurwy nędzy, w ogóle nie czytacie żadnych tekstów, drogie majlogowe dzieci? żadnych? nic, nul, zero? nie potraficie przez chwilę posłuchać nauczyciela języka polskiego?
bo później Andy się zastanawia, czy to jakaś plaga, że się dwukropki hurtowo wywracają.
czwartek, 9 września 2010, 17:25
nie ma to jak odrobina profesjonalizmu w ocenie. parsknęła śmiechem Nie jestem pewna czy można parskać śmiechem. Wydaje mnie się, że lepiej by było: parsknęła ze śmiechem.
skoro oceniająca nie jest pewna (i przez to pociska głupoty), to niech sobie, do jasnej cholery, wklepie frazę w google. a później wklepie swoją wersję. i porówna. prawda, że pierwsza wersja pojawia się nawet po wpisaniu drugiej?
drobny research nie boli, a w większości wypadków zabiera parę sekund.
i tym mało optymistycznym akcentem wracamy do kompletnego braku samokrytyki wśród oceniających.
// wolałabym nie mieć prawie codziennie powodów, żeby otwierać frustracjowy panel =.=
ARCHIWUM
2010
lipiec (2)
sierpien (13)
wrzesień (11)
październik (2)
listopad (4)
grudzień (1)
2011
luty (1)
kwiecień (1)
Texture from FEEL. Brushes from Obsidian Dawn.